Las zębów i rąk – Carrie Ryan

Czasem wydaje mi się, że w temacie zombie powiedziano już wszystko, a scenariusz każdej zombie-historii sprowadza się do rosnącej ilości osobników syczących niewyraźnie „Muuuuusk... muuuusk...” i kuśtykających bądź pełzających tu i ówdzie w poszukiwaniu pożywienia, a mózg...
Cóż – brak ośrodka myśli zastąpiło im parcie na pożywienie.


okładka książki

Muszę przyznać, że Las Zębów i Rąk niewiele odbiega od tego scenariusza, a mimo to poczułem się dość mocno wciągnięty przez tę historię. Ku mojemu największemu zdziwieniu nie odstraszyło mnie nawet wprowadzenie pierwszoosobowego narratora, który (a właściwie „która”) relacjonował zdarzenia w czasie teraźniejszym. Ten sposób jest zawsze trudny – zarówno w konsekwecji utrzymania, jak i w odbiorze. Taki zabieg często wprowadza dość intensywne uczucie nerwowości i przez to nadaje bardziej na stylizowany na dziennik fragment czegoś większego, ale nie na całą powieść. A jednak...

Po kilkunastu stronach udało się autorce pokonać i to moje uprzedzenie. I znów – muszę to otwarcie przyznać – wiele wątków mnie nie zaskoczyło: niewyjąśniona plaga, bezsilność centrum ds. chorób zakaźnych, lokalizacja w bliżej nieokreślonych bezkresach stanów zjednoczonych (swoją drogą można wysnuć przypuszczenie, że po upadku żelaznej kurtyny, zombie są największym zmartwieniem Wujka Sama) – to wszystko było już wielokrotnie tematem książek i filmów. Tym bardziej chciałem więc znaleźć ten mały pierwiastek, który przykuł moją uwagę do tej książki tak skutecznie.

W podobnych opowieściach bohaterem przeważnie jest samotna jednostka walcząca o przetrwanie z hordą nieumarłych. Z czasem spotyka następnych również próbujących przetrwać i pod koniec historii może nawet zbierze się całkiem zgrabna kompania. Prawie zawsze też światełko nadziei, które odnajdują na końcu swojej drogi jest nikłe i pozwala przypuszczać, że właśnie żegnamy ostatnich ludzi na Ziemi.

W Lesie Zębów i Rąk również i ten wątek nie odbiega zasadniczo od „klasyków”. O ile jednak w większości przypadków bohater walczy sam, a czytelnik zapoznaje się z jego – bardziej lub mniej filozoficznymi – dylematami, o tyle Ryan dała do zrozumienia, że w świecie po pladze, czy jak określiła to autorka – po Powrocie – są ludzie, którzy posiadają większą wiedzę i nie chcą się nią podzielić. Bezpieczniej – i wygodniej – jest trzymać ludzi w nieświadomości. Łatwiej wtedy nimi rządzić i głosić słowo Pana. Dla każdego domku z kart przychodzi jednak kiedyś odpowiednio silny wiatr i całość musi się rozpaść. W Lesie Zębów i Rąk ten wiatr jeszcze nie nadszedł, ale pierwsze wyłomy są już widoczne.

W wiosce, w której wszystko jest podporządkowane poleceniom Siostrzeństwa jednostka nie ma szans na realizację swoich marzeń. Kult jest zbyt surowy i zbyt silny. A jednak... kolejny atak Nieuświęconych zapoczątkował reakcję, którą zatrzymać może już tylko śmierć głównej bohaterki.

Naprawdę wciągnęła mnie ta – kolejna – opowieść o Zombie. Wciągnęła na tyle mocno, że chętnie ją Wam polecam i czekam na następne części. A swoją drogą może ktoś w końcu wyjaśni (może w następnych częściach) dlaczego „zombizmem” zaraża ugryzienie, ale nie zadrapanie, przez, wystającą ze złamanej ręki, brudną i najczęściej pokrwawioną kość?

Kamil Świątkowski

Papierowy Księżyc
ISBN: 978-83-61386-05-6




tę książkę dostaniesz również w Amazonka.pl , Merlin.pl