Ze znanymi serialami czasem bywa tak, że szczególnie lubiane postaci drugoplanowe otrzymują swoją własną szansę zaistnienia samodzielnie. W literaturze jest zdecydowanie trudniej o podobne zagrania – choćby dlatego, że i trudniej o seriale.

Zacisza Gwiazd to w pewnym sensie nietypowa książka. Ale tylko w „pewnym” sensie, po przynajmniej pod kilkoma względami, jest to pozycja, której należało się spodziewać. Jest to bowiem książka oparta o znany z telewizyjnych ekranów program, ale nie należy jej osądzać tylko po tym jednym fakcie.

Z tą książką miałem poważny problem. Nie wiedziałem, od czego zacząć przy jej opisywaniu, a przede wszystkim jaki charakter powinna przyjąć ta recenzja. W dobie ponownej popularności tematyki korsarskiej tego rodzaju pozycja nie powinna zaskakiwać, ani tym bardziej wprawiać w zadumę, a jednak jest coś, co ją wyróżnia.

Książka Łysiaka w bardzo chaotyczny sposób opowiada pewną historę z XIII wieku. Łatwo się w niej zgubić, a kolejne rozdziały tylko podkręcają tempo. Ten chaos jest jednak bardzo silną stroną Psów Tartaru.

Na początku wszystko zdawało się przemawiać przeciwko tej książce. Debiutujący autor – a właściwie nawet debiutujący autor “zbiorowy”, bo książka została napisana przez dwie panie i rzeszę doradców – tom zapowiadany, jako początek sagi, tematyka “dorosłej” młodzieży, a do tego wszystkiego całość została osadzona w realiach prowincji Południa Stanów Zjednoczonych. Czy ta książka mogła mnie zaskoczyć? A jednak...

Muszę szczerze przyznać, że jest to jedno z największych zaskoczeń, jakie przydarzyły mi się w tym roku. Owszem – nie czytałem książek Magdaleny Kozak wcześniej, a wydawnictwo Bellona kojarzyło się bardziej z książkami stricte historycznymi niż z fantastyką, - ale to wszystko nie powinno usprawiedliwiać rezerwy z jaką podszedłem do Fioletu.

Pierwsze spojrzenie na gryzący w oczy róż okładki wystarczył, by uruchomić sieć skojarzeń i domysłów. Co może kryć w sobie książka naznaczona takim kolorem i czy właściwie chcę to czytać. Wątpliwości zostały rozwiane dość szybko. Chociaż...

Jakkolwiek niezręcznie może to zabrzmieć, to jednak przyznaję, że w tytułach wydawanych przez “Naszą Księgarnię” jest coś, co pozwala mi szczególnie ciepło odnieść się do zaimka “nasza”. Nie chodzi jednak tylko o książki, które pamiętam z dzieciństwa, ale także o zdecydowanie nowsze pozycje.

Muszę to przyznać - zawsze zazdrościłem Krzysiowi wyobraźni tak żywej, że poruszała wszystkie pluszaki w pokoju – i to w stopniu zauważalnym przez prawie cały świat. Jednak, gdy przeczytałem, że powodem jego nieobecności w Stumilowym Lesie – przez prawie osiemdziesiąt lat – była szkoła, moje uczucie zazdrości mocno osłabło.

Książki i listy pisane odręcznie mają w sobie potężną i egzotyczną siłę. Obie te formy pomagają przenieść się w inne czasy, w inne miejsce, a czasem w jedno i drugie jednocześnie. Wszystko zależy od wyobraźni i pióra autorów. Nie wiem, jakim oficerem był Frederick Burnaby, ale piórem władał bardzo dobrze.
