Pisarze w walce o czytelnika, a czasami po prostu w walce, szukają nowych form wypowiedzi. Rzecz jasna eksperymenty – udane czy nie – przykuwają uwagę choć na chwilę, co można poczytać za mały sukces komercyjny. Książka Ewy Nowackiej raczej nie jest bestsellerem, a czarna stonowana okładka ze zdjęciem popiersia tytułowego cesarza spowoduje upchanie książki w niższych rzędach niszowych wydawnictw historycznych. Właściwie nie jest to nawet książka historyczna to raczej powieść – dziennik z przełomu II i III wieku n.e. poprzetykany wstawkami wywiadów obecnie przeprowadzonych z naukowcami - profesjonalistami z różnych dziedzin.

Trzymając w ręku niepozorną czarną książeczkę pomyślałem sobie bezlitośnie „znowu skarano mnie debiutem”. Nie znałem nazwiska autora wcale. Przynajmniej do momentu gdy zagłębiłem się w notkę o nim na obwolucie książki. Dotarło do mnie, że spotkałem się już z jego pokrzepiającymi wypowiedziami odnośnie stanu dzisiejszej młodocianej fantastyki w innej publikacji Powergraphu. Tym razem Michał Cetnarowski zaparł się lwią, pazurzastą łapą i postanowił pokazać, iż rzeczywiście nie poprzestaje tylko na redakcji „młodych” autorów ale i sam chce wnieść coś do światka pisarskiego.

Wszyscy twierdzą, że kontynuacje są zawsze gorsze. To prawda, ale w przypadku książek dobrych autorów nawet kontynuacje trzymają wysoki poziom. „Dzienny Patrol” nadal eksploruje w sposób świeży świat znany z pierwszej książki serii „Nocnego Patrolu”, dodając drugie dno sytuacjom i bohaterom przedstawionym w części pierwszej. To prawda, że książka ta mogłaby istnieć, jako zbiór trzech samodzielnych opowieści luźno związanych ze sobą. Pozostawiłaby jednak posmak braku zrozumienia gdyby nie poprzedzić jej lekturą części pierwszej.

A teraz „sza” jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć zacznij od pierwszego kroku. Ucisz się i zacznij słuchać. Magiczne „sza” oznacza więc dla Tuwimów i Nieńców wiedzieć, a słowo „szaman”, tego który posiada wiedzę i potrafi z niej skorzystać, oświeconego przez kontakt z innymi światami.

Nie jest łatwą sztuką zrealizowanie założenia „uczyć bawiąc, bawić ucząc”, zwłaszcza gdy korzysta się ze środków i narzędzi przez środowisko określanych, jako „coś dla dzieciaków” i wpisuje się wszystko w ramy fantastyki, która w świadomości ogółu długo jeszcze nie stanie się pełnoprawną formą literacką. Jeśli jednak coś się lubi, należy tę pasję przelewać na innych, zwłaszcza jeśli ma się do tego talent.

Los pisarza, który ma zakontraktowane sześć książek rocznie jest nie do pozazdroszczenia. Cisną go zarówno wydawcy, jak i czytelnicy i wszyscy są ciągle niezadowoleni z efektu. Niestety, jak to mawiali żołnierze Wehrmachtu, gdzie chleb pieką tam wióry wlecą.

„Wierzcie albo nie wierzcie, ale to najprawdziwsza prawda”, że ta krótka historyjka nie pozostawia nikogo obojętnym. Pozostawia natomiast lekki posmak nostalgii za czasami dzieciństwa, gdy w podartych spodniach wdrapywałem się na drzewa i na huśtawce próbowałem dosięgnąć słońca. Gdy małe problemy urastają do wielkich, a te prawdziwie ogromne powodowały zanurzanie się w nierealnym, lepszym świecie.

Nie wiem dlaczego, być może to moje uprzedzenia, ale zawsze drażni mnie, gdy Amerykanin bierze się za jeden z moich ulubionych „koników” - za starożytną Japonię. Przyznaję jednak, że po przeczytaniu ksiązki Richiego mogę uznać, iż istotnie włożył w to dzieło sporo pracy (ponoć około 10 lat zbierania materiałów) i jest ona całkiem udana (co nie zmienia faktu, że udana, „jak na Amerykanina”).

Nowe idzie. Właściwie to powoli człapie. Idzie pod górę i do tego często zbacza na manowce. Porównane do pokonywanej drogi nie jest przypadkowe, biorąc pod uwagę tytuł zbioru - wiele zapowiadającego, ale czy niosącego równie wiele ze sobą?

Są w życiu recenzenta takie książki, które chce on przeczytać i takie, co to ich nie bardzo … Przyznaje się, że miałem bardzo dużą ochotę przeczytać Kruka. Opętany opium i szaleństwem Edgar Allan Poe, brutalnie okultystyczna sprawa kryminalna i widmo ptasiego truchłożercy krążącego nad głową - tego właśnie chciałem. W trakcie lektury mój zapał jednak gasł, a po jej zakończeniu pojawiły się mieszane uczucia. Otóż moja wizja się nie zrealizowała. Poczułem się trochę zawiedziony. Liczyłem na przygodę i grozę, iskrę niesamowitej magii i szczyptę humoru, a dostałem coś, czego nie zamawiałem. Nie mówię, że nie smakowało, ale brakowało uczucia.
