V jak Vendetta, Strażnicy/Watchmen, Liga Niezwykłych Dżentelmenów, Promethea, Z piekła rodem/From Hell.
Powyżej wymieniłem kilka naprawdę głośnych tytułów Moore’a, z czego większość doczekała się, lub wkrótce doczeka polskiego wydania. Wydawnictwa dobrze robią inwestując w pana Moore’a, ponieważ jest to człowiek myślący niecodziennie, ale zarazem doskonały znawca języka, jakim operuje medium komiksu.
Ok! Skupcie się uważnie. Ta książka może utrzymać was przy życiu. Jest dość gruba i można użyć jej, jako broni. Nawet jako tarczy. Wszak lepiej, aby czyjeś nadgniłe kły zatopiły się w niej, niż w waszej tchawicy. Jeśli nauczycie się jej na pamięć, możecie rozpalić dzięki niej ogień, co pomoże przetrwać wam atak w warunkach arktycznych, bądź pozwoli odegnać padłe z głodu psy. Ponadto pamiętajcie spopielenie gwarantuje niemal stuprocentowe pozbycie się zwłok, bez prawa powrotu. Wiele innych zastosowań może wam przyjść po jej lekturze. Pamiętajcie to może być najważniejsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytaliście. Książka waszego życia, wiadomo, bowiem że śmierć wyciągnie po każdego swoje szpony. Bez zbędnej zwłoki skorzystajcie z szansy i uzbrójcie się w najbliższej księgarni!

Poczytny antropolog to dobry gawędziarz. Nieżyjący już amerykański profesor z pewnością był gawędziarzem, ba może nawet gadułą. Jednak, co trzeba mu przyznać, wszystkie poboczne dykteryjki, o których wspomina niejako przy okazji, są mocno związane z meritum badanego zagadnienia. Widać, iż ten cykl esejów został zaplanowany jako spójna całość, w której autor jasno doprowadza na końcu każdego rozdziału do konkluzji, przechodząc naturalnie w kolejne zagadnienie i nie tracąc nawet na moment tempa opowieści.

Słowem komentarza - do poniższego opisu - osoby piszące do przykominku.com są historykami, lub historykami sztuki - stąd też pewne odchylenia w stronę fantastyki, obrazu i beletrystyki historycznej, które czasem możecie tu zauważyć. Nie da się jednak uniknąć sytuacji, kiedy sami dokonamy nienajszczęśliwszego wyboru przy proponowaniu tytułów. Poniższa recenzja, jest pierwszą tego typu treścią zamieszczoną przykominku. Wniosek do jakiego doszliśmy, iż tym razem jednak nie jesteśmy grupą docelową tego tytułu, nie musi być taki sam dla Was.
Zapraszam do poniższej lektury,
Kamil Świątkowski

Bywają rzadkie przypadki, kiedy opisując książkę dodaję, iż „najwidoczniej nie jestem właściwym odbiorcą tej książki”. Rzadkie, gdyż używam tej frazy w specyficznych sytuacjach, których raczej unikam i kiedy bez ogródek określam autorytarnie książkę, jako śmieć. Zwłaszcza, iż nie wierzę w podział literatury na odbiorców, tylko na literaturę marną i dobrą.

O Gaimanie można pisać wiele i może nigdy nie będzie dosyć. Ponieważ nie omieszkam jeszcze wspomnieć przy innej okazji o jego twórczości, tu skupię się wyłącznie na jej wybranym fragmencie, jakim jest pisanie przez niego scenariuszy do komiksów. Gaiman wraz z innym, starszym od niego, autorem - Alanem Moorem (z którym znają się dobrze i przyjaźnią tym twórczym rodzajem rywalizacji) wywodzą się z angielskiej szkoły literackiej. Wysoki poziom wykształcenia, oczytanie, niecodzienność i dar snucia opowieści pozwoliły stać się obu panom jednymi z najlepiej rozpoznawanych autorów komiksowych w USA. Nietypowe tematy, jakie poruszali, wymagające pewnego obycia i alternatywnego myślenia zawładnęły umysłami wielu czytelników. Jak się okazuje opowieść można stworzyć ze wszystkiego.

Marcin Marchlewski
Dziwię się - wydanie tej książki powinno być wydarzeniem - przemknęła zaś ona bez większego echa. Być może powodem jest skierowanie jej tylko do niszowej grupy dojrzałych czytelników komiksu. Błąd marketingowy, a szkoda. Nie jest to, bowiem komiks, nie jest to też książeczka z obrazkami, choć można ją przeczytać mądrzejszym dzieciakom.
Jest to natomiast wysmakowana baśń, w której pisarz łączy umiejętnie dawną japońską legendę z wykreowanym przez siebie światem Pana Snu – Sandmana. Baśn pełna jest elegancji, żywych postaci i tego tchnienia, dzięki, któremu wiemy, iż mogłaby być prawdziwa. To historia o miłości niemożliwej do zrealizowania, o poświęceniu i niezłomności zasad. Historia o młodym mnichu i lisicy przybierającej kobiece kształty, o opętanym strachem wróżbiarzu i o śnieniu.

Marcin Marchlewski
Gaiman nie bez powodu nadał zbiorkowi taki, a nie inny tytuł. Starannie niczym stara, brzydka czarownica o krogulczym nosie postanowił uwarzyć eliksir gdzie do ziół, nietoperzych skrzydełek w pikantnej panierce i światła księżycowego odlanego z kolorowych flasz wsypał rozmaite opowieści. Rozmaite także ze względu na formułę, jakiej użył do ich powstania.
Nieduże, kieszonkowe wydanie sprawdza się w podróży, a opowieści zawarte w zbiorku nie powtarzają motywów, ciągle mile zaskakując.

Bywają dni, kiedy wszystkiego ma się dość. Kiedy głuche krzyki w ściany powodują, że te ściany oddają cały wykrzyczany ból z ogromną siłą. Wówczas, z tego bólu, pojawiają się w oczach czerwone mroczki. To sypie się miałki pył. Czerwony pył iluzji. Iluzji – Absurdu świata, na którego istnienie zezwalamy. A gdy fałsz staje się rzeczywistością, czym wtedy jest prawda?
