Tym razem zarządzanie ryzykiem dało mi się tak we znaki, że postanowiłam sięgnąć po coś innego niż zwykle- po coś, co nie zawiera żadnych ram i dookreśleń, gdzie nie ma mowy o procedurach i zadaniach, nie ma instrukcji ani zarządzeń.

Stęskniłam się już za Samem Vimesem, więc to oczywiste, że sięgnęłam po najnowszą pozycję z cyklu o straży miejskiej (choć na polskie tłumaczenie pewno przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać). Tym razem komendant Vimes, wraz z żoną i sześcioletnim już synem, wyjeżdżają na długo odkładane wakacje do rodzinnej posiadłości na wsi. Lord Vetinari dziwnie skwapliwie wyraża zgodę na urlop szefa policji. co jest o tyle intrygujące, że w mieście pojawia się coraz więcej trollowych narkotyków. Sam Lord zastanawia się również, co robić z ludźmi bogatymi, którzy z nudów popełniają przestępstwa…

Wprawdzie nie mogę ostatnio narzekać na nudę i brak emocji w moim życiu, ale sięgnęłam po thriller żeby się pocieszyć – że ktoś się potrafi wpakować w jeszcze większe kłopoty niż ja…
Pomogło.

Zainteresował mnie tytuł tej powieści. Listopad sprzyjał chyba rozważaniom o śmierci. Chociaż temat ten przez wszechobecne mass-media został zrównany z reklamami jogurtu czy innych, mniej lub bardziej kosztownych, dóbr doczesnych, zdarza nam się niekiedy zastanowić nad nim głębiej.

Magia, magia, magia… Przecież to niemożliwe, że nie istnieje w naszym świecie. Musi istnieć, tylko jej nie widzimy – chociaż czasem może czujemy jej obecność. Niekiedy zdarza nam się tak bardzo czegoś chcieć, a gdy się spełnia – nie umiemy wytłumaczyć sobie jak to się właściwie stało. A więc: istnieje czy nie? Jak bardzo chcielibyśmy, żeby istniała?

Kiedyś w końcu napiszę własną książkę. Tak myślę. A póki co wciąż cieszę się tym, co napisali inni. Tym razem trafiła mi się znów babska historia, rozgrywająca się w czasach jak najbardziej współczesnych, a mimo to… jakaś trochę egzotyczna.

W wyborczą niedzielę sięgnęłam po drugą część trylogii o Marku Tuliszu Cyceronie, najbardziej znanym chyba polityku starożytnego rzymskiego świata, który swojej pozycji i popularności nie zawdzięczał bogactwu czy wojskowym podbojom, ale nieprzeciętnej inteligencji i umiejętności wygłaszania przekonujących mów.

Kiedyś już wspomniałam, że, jako osoba starannie unikająca TV, dość nieufnie odnoszę się do książek, których autorami są amerykańscy scenarzyści, szczególnie jeśli chodzi o literaturę sensacyjną (dość trudno bowiem w urozmaicony sposób oddać dźwięki płynące z ekranu w trakcie emisji filmu akcji). Przekonałam się jednak, że potrafią pisać w sposób powodujący, iż książka wciąga. Gregg Hurwitz opanował tę sztukę do perfekcji.

Nasi ludzie powiadają, że wszystkie ważne rzeczy biorą swój początek w sercu i rozchodzą się coraz szerzej i szerzej w Kręgu Życia, tak samo jak horyzont świata krąży wokół plemienia i jego stad. Ale wszystko i tak zawsze wraca do serca.

Każdy z nas jest kimś jedynym i niepowtarzalnym, każdy ma jakieś ukryte lub jawne talenty czy predyspozycje. Bohaterka książki na przykład po przeżytym w dzieciństwie uderzeniu pioruna potrafi wyczuwać kości zmarłych i nawiązywać z nimi kontakt. No, może nie w takim sensie jak w innych opowieściach znanych nam z literatury i filmów, ale umie odczytać np. ostatnie wrażenia zmarłej osoby. Swoją umiejętność wykorzystuje poszukując ciał i w ten sposób zarabiając na życie – własne i opiekującego się nią przybranego brata.
